Blog
Europa Wolnych Ojczyzn - Partia Polska
Europa Wolnych Ojczyzn
Europa Wolnych Ojczyzn Walczymy o Wolną Europę i Polskę w Unii Europejskiej http://www.ewopp.pl
0 obserwujących 83 notki 14774 odsłony
Europa Wolnych Ojczyzn, 12 marca 2010 r.

Make love, not war - pokłosie

44 2 0 A A A

Rozprawiając o zmianach, jakie nastąpiły w sposobie myślenie Polaków, warto ponad oczywistym przełomem Roku 1989 przenieść się pamięcią jeszcze dwie dekady wstecz.  Przenikały wówczas do Polski trendy, które w sposób oczywisty kontrastowały z siermiężną rzeczywistością końca „małej stabilizacji”, jaką zafundował „ludziom pracy” niezmordowany orator – Władysław Gomułka.

Barwna aura, jaka otaczała krakowski Rynek i Planty na przełomie lat 60-ych i 70-tych XX wieku odzwierciedlała  w tej nietypowej scenerii, a tym bardziej odmiennym ustrojowo czasie niezwykłe globalne zjawisko młodzieżowego buntu, którego światowe apogeum możemy umiejscowić w latach 1967 – 1969.

Po obu stronach Oceanu, niczym grzyby po deszczu rosły komuny hippisów. Urządzano rock – festiwale, penetrowano wszystkie możliwe trendy filozoficzne, negowano potrzebę istnienia państwa, szukano Boga. Sztuka tego okresu powstawała pod przemożnym wpływem narkotyków, które uchodziły wtedy za niezwykle inspirujące. Po cudownym Lecie Miłości/67, dzieci – kwiaty jedno, po drugim przeżywały swoje „pięć kroków w pełnym słońcu”, aż po wieńczący wszystko legendarny Woodstock.

W USA pragnienie miłości i wolności potęgowane było ponurą groźbą poboru młodych mężczyzn. W Wietnamie czekała na nich prawdziwa maszynka do mięsa, a brak bezpośredniej obcej opresji we własnym kraju, nastrajał wyjątkowo niechętnie do wskakiwania w naszpikowaną zasadzkami i ustawicznie traktowaną napalmem dżunglę.

Rozwinięte społeczeństwo konsumpcyjne, zbudowane jednakże na dość konserwatywnych zasadach, doczekało się pokolenia kwestionującego zarówno zachodni styl życia, jak również obowiązujące tam wartości. Palono karty powołania, urządzano prowokujące demonstracje, niczym komunię przyjmowano LSD. Destrukcję radośnie wspierały sowieckie służby.
Okrzyki „Jezus cię kocha!” wznoszono obok śpiewających „Hari, hari” i działo się to bez większych konsekwencji dla obu stron. Penetrowano filozofie Blacka i Nitche, zgłębiano „Myśli Mao”. Panował duch kontestacji, dyskusji i poszukiwań.

W Europie Francuzi, jak zwykle wyprodukowali swoją kolejną rewolucje. Zamieszki z 1968 r. oraz europejska wersja rewolucji seksualnej zwieńczyły peryferyjny, paryski nurt buntu lat 60-tych. Tu w przeciwieństwie do ciekawych eksperymentów brytyjskich, czy też amerykańskich nie zachwycała sztuką, natomiast skutki całego zamieszania, podobnie jak wszystkich francuskich eksperymentów Stary Kontynent ponosi do dziś.
Chore Pokolenie/68  odcisnęło polityczne piętno na procesie integracji europejskiej, uparcie broniąc własnych życiorysów, promując rozmaite dewiacje oraz forsując historycznie skompromitowane ideologie i trendy.

Nieco inaczej było za Kanałem. Brytyjczycy twórczo rozwijali nurty muzyczne powstałe w USA na początku lat 50-tych. Śmiało można powiedzieć, ze na jakiś czas genialnie płodni The Beatles zdetronizowali samego Króla Elvisa.  Kolejne grupy zaistniały za sprawą ludzi, którzy stworzyli zręby współczesnej muzyki światowej - od białego bluesa, przez hard rock po najpospolitszy pop.
John Mayall, The Free, Moody Blues, Jethro Tull, Pink Floyd czy Led Zeppelin wspaniale współbrzmieli z amerykańskimi: The Doors, Creedence Crearwater Revival, Canned Heat, Blood, Sweet and Tears, Chicago...
Wymieniać można bez końca.

Ojcami chrzestnymi białego bluesa byli Muddy Waters i BB King.
Muzyka czerpała z tradycyjnego rhythm & bluesa, rock & rolla i country, często penetrowała obszary muzyki poważnej, ale też dopuszczała się całkiem udanych twórczych poszukiwań. 
Yes, Emerson, Like & Palmer, Focus, Ten Years After...
Mało kto o nich pamięta, bo prawdziwą legendę tamtych dni tworzyli ludzie żyjący przeważnie krótko, ale za to w idealnej zgodzie z duchem epoki.
Jim Morrison, Jimi Hendrix, Janis Joplin, Paul Kossoff – genialnie nieprzystosowani, niezwykle utalentowani, na śmierć zaćpani. 

Błędem byłoby uważać, że przesłanie „Skowytu” brane było przez ogół młodych ludzi na poważnie, a już na pewno mniej interesowało artystów pokroju Boba Dylana (prawdziwe nazwisko Robert Allen Cimmerman), co nie przeszkodziło im z kolei produkować pacyfistycznie „zaangażowane” piosenki, zwane u nas protest- songami. 

Moje pokolenie znało krakowskich  hippisów jedynie z relacji ludzi, którzy wtedy byli „prawie” dorośli, chociaż ksywy „Faraon” czy „Pies” wymieniano z dużym zaciekawieniem.
Bardziej aktywni interesowali się jednak muzyką rockową już w wieku 8-10 lat, skwapliwie zbierając nagrania, a na pierwsze koncerty przychodząc do hali krakowskiej Wisły z rodzicami. Tam obok chałturzących nieraz do dziś wykonawców, można było wysłuchać na żywo rhythm & bluesowych produkcji w wykonaniu późniejszych prekursorów polskiej muzyki młodzieżowej (czasem  zwanej niezbyt precyzyjnie big-beatem).

Nawet dla tych, którzy (podobnie jak ja) swoje pierwsze kroki w Filharmonii postawili już w wieku 5 lat i przygodę z muzyką zaczynali od poznawania „poważnych”  klimatów - niezwykle świeże, dynamiczne, a przy tym niezbyt akceptowane przez dorosłych rytmy stanowiły niezwykle fascynujące novum.
Później już, jako nastolatkowi staliśmy się bywalcami krakowskich klubów, sal Filharmonii i Operetki, oraz hal sportowych, gdzie urządzano koncerty zespołów z obu stron „żelaznej kurtyny”. Nie zawsze dobrą akustykę pomieszczeń rekompensował ekscytujący nastrój wspólnego przeżywania „swojej” muzyki przez zebrany kilkusetosobowy tłum ludzi w znakomitej większości młodych.

Właściwie wśród „demoludów” jedynie Polacy i Węgrzy wykreowali w miarę sensowne propozycje. Pomijając wylęgarnie talentów jakimi były „kolorowe” zespoły typu Niebiesko, czy Czerwono – Czarnych, powoli obok naśladowniczej produkcji, prościutkich piosenek lub przymilnie ludowych przeróbek („polska młodzież śpiewa polskie piosenki”) pojawiali się artyści ciekawi i oryginalni.
Skowroński, Nebeski, Puławski, Wander, Bernolak..  Zapomniana dziś super - grupa Polanie.
Z polskich wykonawców warto także wymienić m.in. zespoły Czesława Niemena, SBB, Klan, Breakout, wczesną Budkę Suflera i Dżem, oraz późniejsze (też nie zawsze dobre) kapele metalowe. Węgrzy gościli u nas często ze swoją Omegą, Locomotivem GT i Fonografem, czasem też można było posłuchać czechosłowackiej grupy Blue Effect..
W Krakowie na swoim „muzycznym sicie” pływali wtedy członkowie zespołu Dżamble, a uchodzące dziś za „evergreeny” przeboje pisali wciąż popularni Skaldowie.

Wydarzeniem był zawsze przyjazd grupy z Zachodu.  To, co w latach dziewięćdziesiątych stało się normą, a czasem wręcz budziło u ludzi niesmak (jak choćby wizyta zmanierowanego Boba Dylana, czy wspominkowe wizyty hard rockowych legend), w ostatnich dekadach PRL-u było prawdziwym wydarzeniem muzycznym.
Zakazany owoc smakował doskonale, nawet jeśli nie były to najbardziej oczekiwane odmiany. Czasem słuchaliśmy w Krakowie całkiem przyzwoitych, choć jakby drugoligowych kapel (np. Livin Blues, Mungo Jerry, czy bardziej popowego Mud), a kiedy indziej zespołów klubowych, których nazwy niewiele nam przed koncertem mówiły.
Muzyka bywała jednak dobra i dodatkowo dawała poczucie łączności z wolnym światem.
Ważne było, by nie utożsamić się nadmiernie z rewolucyjnym przesłaniem niektórych trendów, zachować odpowiedni dystans, a z oryginalnej oferty brać to, co w niej było najlepsze.

Ocierając się choćby na studiach o dziennikarstwo muzyczne, czy prowadząc imprezy na żywo, zawsze trzeba jednak było mieć wtedy na względzie fakt, że muzyką rockową zajmują się w Polsce licencjonowani fachowcy (tacy choćby jak Andrzej Olechowski, Marek Gaszyński, czy Wojciech Mann) i że stanowi ona dobro reglamentowane.

Wszelkie materiały źródłowe były bardzo ciężko dostępne, podobnie zresztą jak bezsensownie limitowano prezentacje muzyczne w polskim radio. Były to czasy, w których nie istniała ani jedna encyklopedii rocka w języku polskim, a zapowiedzianą prezentację nowego albumu grupy zachodniej zdejmowano z programu np. z powodu … przyjazdu Leonida Breżniewa.  A nuż Dostojny Gość włączy radio i spotka go przykrość!

Echa wolności z Radia Luksemburg, muzyka dopuszczona z czasem do programów Polskiego Radia oraz związane z tym okresem wydarzenia tracą dziś niegdysiejszy kontekst i przywoływane w scenariuszach filmowych, czy  wspominane przy okazji rozmaitych rocznic stają się często przedmiotem ocen politycznych, czy wręcz moralnych.

Sztuka jednak ma to do siebie, że człowiek oswojony z tzw. muzyką poważną, czy jazzową może spokojnie  bronić też osiągnięć artystycznych przełomu lat 60-tych i 70-tych, np. w zakresie białego bluesa, czy psychodelicznego undergroundu. Nie zawsze w kwestii poziomu tekstów, czy przekazu filozoficznego (ten bywał różny), lecz niezwykłej ekspresji pomysłów muzycznych i niepowtarzalnych klimatów, bez których sztuka jest martwa.

Był to zapewne powiew nieco fałszywej wolności, bo wolności do poszukiwań i błędów, ale bardzo atrakcyjnej w PRL-u Gomółki, Gierka i Jaruzelskiego, zwłaszcza dla ludzi młodych.
Muzyka, która powstawała we wspomnianym początkowym okresie ewidentnie odegrała w życiu dojrzewających wtedy pokoleń niezwykłą rolę, choć w przypadku jednostek słabszych mogła warstwą poetyckiego przekazu zniekształcać osobowość, a nawet w połączeniu z innymi elementami żywiołowo tworzonej subkultury zmarnować życie.

Sporo w niej było emocji, które zawsze warto poddawać weryfikacji rozumu, dbając
o  własną autonomię, zachowując umiar i co za tym idzie dokonując mądrych życiowych wyborów.
Kto przyjmował nowe trendy z nadmiernym entuzjazmem, bezkrytycznie wielbił ówczesnych guru i  powielał  ryzykowne zachowania sam sobie szkodził. Warto było także pomimo hippisowskich ostrzeżeń, czasami wierzyć „ludziom po trzydziestce” i roztropnie zasięgnąć rady.

Jedno jest pewne. Miliony młodych ludzi zakwestionowały zastany porządek nie tylko po obu stronach Oceanu, ale i po obydwóch stronach „żelaznej kurtyny”, wytwarzając oryginalne środki komunikacji artystycznej na początek głownie ze swoimi rówieśnikami, później zaś ponad wszelkim podziałem.

Widać to doskonale w kolejkach po bilety, w których czterdziesto, pięćdziesięciu, czy nawet sześćdziesięcioletnich „młodzieńcy” w obowiązkowych dżinsach i skórach, choć często już z przerzedzonymi nieco włosami wystają obok dwudziestolatków, by przeżyć te same emocje - słuchając gitarowych riffów sprzed lat oraz niekiedy bardzo prostych słów, poruszających jednak ludzi bez względu na ich pozycję społeczną, religię, czy poglądy polityczne już ponad pięćdziesiąt lat.
W drugiej połowie XX wieku jakieś „drzwi miedzy znanym i nieznanym” zostały otwarte
i później nic już nie było takie samo, jak przedtem.


Kraków, 10 marca 2010r.                                                   Jan Szczepankiewicz

Skomentuj Obserwuj notkę Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Uwaga! Zmieniliśmy sposób komentowania, ale nadal możesz przeczytać stare komentarze do tego wpisu.

Zobacz komentarze

Tematy w dziale Kultura